Goplanicka przygoda ! cz.1

Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 

Witamy Wszystkich !

Mimo wielu burz i zakrętów udało nam się zdobyć tygodniowe urlopy i pojechać na Goplanicę, wodę gdzie byliśmy parę lat temu i cały czas pozostawaliśmy pod jej niezwykłym urokiem. Relację piszemy wspólnie, dla lepszej orientacji, mój tekst jest na czarno a Pawła na zielono ( tak bardziej karpiowo ). :) 

 

Goplanica przywitała nas ładną już lekko jesienną pogodą, więc nie tracąc czasu, ponieważ przyjechaliśmy po południu, niezwłocznie rozpoczęliśmy przeprawę na cypel. Wybraliśmy go dlatego, że daje on spore pole manewru na każdą część wody, a do czwartku mieliśmy być sami, więc hulaj dusza, mogliśmy wywozić zestawy gdzie nam się żywnie podoba.

Jeden ponton średniej wielkości to trochę mało, ale po 6 kursach nasz dobytek znajdował się na miejscu. Tu wielkie podziękowania dla Arka – opiekuna tej wody. Po rozpakowaniu stwierdziłem, że wiosła do pontonu zostały jakieś 350 km stąd czyli w domu. Zapowiadało się pływanie bez wioseł, ale Arek przywiózł swoje następnego dnia i uratował mi życie, gdyż patrząc na Pawła miałem obawy usnąć, nie wiedząc czy czasem nie obudzę się na innym, podobno lepszym świecie.

A na co nam było brać tyle klamotów ?

Jak wcześniej pisałem urok tego śródleśnego zbiornika powala na kolana i pozwala zapomnieć o całym bożym świecie. Właściwie można odpoczywać tylko patrząc na otaczającą nas przyrodę. A jesienią nabiera on szczególnego uroku z racji kolorystyki drzew. Co prawda jesień dopiero nadejdzie, ale już jej pierwsze oznaki były widoczne.

Na początku powiało lekką grozą gdyż na swoim stanowisku znaleźliśmy skórę węża, na szczęście nie żmii a zaskrońca, choć Paweł jako ich „wielbiciel” miał niewesołą minę. Skórę po wylince zostawiliśmy na miejscu gdyż na buty czy torebkę, a nawet na pasek było jej zdecydowanie za mało.

Po przygotowaniu obozowiska wypłynęliśmy w poszukiwaniu miejscówek. Z tym był mały problem bo tam praktycznie każde miejsce jest podręcznikowym przykładem do położenia zestawu. Od naszego ostatniego pobytu pojawiło się nowe pięknie wystające z wody zwalone drzewo, jak i wysepki roślin.

Rozpoczęliśmy całą zabawę z użyciem nieodzownej tyczki malarskiej i sprawdzaniem dna. Robiliśmy to już późną nocą więc zdjęcia nie są zamieszczone chronologicznie

Zestawy poszły do wody. To jedno zdanie nie obejmuje całej pracy jaką wykonaliśmy. Znamy siłę i waleczność mieszkańców tego zbiornika. Wiemy, że znajdą każdy słaby element zestawu i umiejętności karpiarza zostaną bezlitośnie zweryfikowane. Kto był to wie, a kto się wybiera niech weźmie te słowa pod uwagę żeby nie być rozczarowanym. Zestawy zrobiłem z 50 lb plecionki, sporo metrów żyłki 0,60 i duże mocne haki. Doszło do tego, że sprawdzałem każdy odcinek przyponu pod lupą  :)  czy nie ma jakiegoś zadziorka i czy jest równy.

Pierwsza noc minęła spokojnie, czyli bez brań. :)

 

Postanowiliśmy, że grillowi na tym wyjeździe powiemy stanowcze NIE, jak i żywność ze słoików ograniczyliśmy do minimum.

Na nasz pierwszy obiad były co prawda gołąbki, ale z gotowanymi ziemniaczkami posypane aromatycznym koperkiem. Gdy je tak wcinaliśmy naszło mnie, że jeszcze kulek o zapachu koperku nie spotkałem na rynku, ale kto to wie może kiedyś się pojawią.

 

Normalnie palce lizać .

A na śniadanie była jajecznica na świeżych grzybach.

Na początku nic się nie działo ekscytującego . Pierwsze branie miałem spod kępy roślin i po krótkiej walce zaliczyłem spinkę. Myślę nieźle się zaczyna. Skróciłem włos, który wydawał mi się zbyt długi i ponownie wywiozłem. Tym razem po braniu już nie było zmiłuj i po krótkim holu mały waleczny karp, kształtem zbliżony do okręgu znalazł się w podbieraku.

 Oprócz brania spod kępy roślin zanotowałem silny odjazd z okolic wyspy, szybkie cięcie, próba holu, ale ryba miała za nic moje wysiłki i zaparkowała przed wyspą w grubych korzeniach trzcin. Popłynęliśmy, ale po niej już zostało wspomnienie. Z ponurą miną wróciłem na brzeg, optymizmu dodawała myśl, że ryba żeruje.

  W oczekiwaniu na branie, które nastąpiło po pierwszej dobie, położyłem zestaw przy zwalonym drzewie pod drugim brzegiem. Z tego miejsca w 2010 roku wyholowałem kilka fajnych karpi więc musiałem tam posłać choć jeden zestaw, niestety karp po braniu od razu zaparkował w zatopionym drzewie i jak popłynąłem, już go nie było, cóż trzeba próbować dalej.

Miało być bez grilla i było, normalny obiad smakował bosko, jeszcze na kolację i śniadanie, bo przesadziłem z proporcjami i wyszło więcej.

( Tak naprawdę to zrobiłem więcej dlatego, że Paweł lubi wsunąć sporą porcję, ale o tym cicho sza ) 

Ja ci dam cicho sza, tego dnia zjadłem tylko dwie porcje, a muszę przyznać, że Maciuś to wyborny kucharz potrafi upichcić w warunkach polowych super żarełko…

Przepraszam za to, że łyżka nie jest w jedynie słusznym kolorze karpiowym, ale nie była w zestawie. Szukam na rynku takowej i obiecuje poprawę  :)

 

Zdjęcie godne przestrogi. Pewnej nocy po braniu Paweł tak się śpieszył żeby wsiąść do pontonu, że wsadził do niego tylko jedną nogę, a drugą do goplanickiej wody, oprócz przemoczenia od pasa w dół skończyło się permanentnym wywietrznikiem w kroku, którego chyba nie da się zszyć.

 Później Goplanica pokazała pazur- lało i padało na zmianę, nasze stanowiska zmieniły się w błotne lodowisko. Przekonał się o tym Paweł parkując na plecach pod swoim podem.

Całe szczęście, że ten tri pod tam stał, wychodząc z namiotu w klapkach zjechałem na dół jak Alberto Tomba i zatrzymałem się na nim, żeby nie on to lądowanie byłoby metr dalej w wodzie, a ubrań suchych było już coraz mniej, ba nawet już skromnie.

Kolejny karpik z kwiatków, okrągły jak ja tyle że mniejszy.

Jak nie lubić tego faceta, buźka okrągła, uśmieszek jak u niemowlaka, a to wszystko po 24 godzinach w deszczu, super fotka.

Były momenty, że nawet myśli mieliśmy mokre. Dzień wcześniej Paweł zrobił pranie bielizny, która mimo jego usilnych prób nie wyschła już do końca pobytu.

 W końcu nadszedł moment bez deszczu, co zaowocowało braniem, poniżej hol pełnej łuski Pawła, która zdrowo go powoziła, dobre 20 minut walczył z nią na pontonie.

Kolejne danie wymyślone na szybko ze względu na ciągłe opady, hamburgery drobiowe ( chociaż nie do końca jestem przekonany czy były rzeczywiście drobiowe ) z jajkami sadzonymi.

Jest pełna micha to i uśmiech od ucha do ucha.

 

Leje w nocy, pada w dzień i tak na okrągło.

Wreszcie pojawiły się karpie, na które czekaliśmy niepomni na deszcz i błoto.

Warto również dodać, że w akcie niemocy czyli z braku brań postanowiliśmy, że zmieniamy niektóre miejscówki w wodzie, trzeba kombinować. Mimo uporczywego już dla nas deszczu walczyliśmy i nie poddawaliśmy się.

Najpierw Paweł wyciąga ślicznie ubarwioną pełną łuskę, a ja chwilę po nim.

Zestaw został wywieziony około dwóch godzin wcześniej i branie nastąpiło przy dosyć silnym deszczu, jak dla mnie to nowość i zdziwienie ponieważ jeszcze nigdy nie złowiłem karpia w ulewę.

 

Przy takiej pogodzie byliśmy zmuszenie do przewożenia zestawów.

Cóż nikt nie powiedział, że będzie lekko, ale nasz trud zostaję wynagrodzony i to bardzo szybko, przychodzi kolej na Maćka piękna, duża, pełna łuska!!!

Radość była wielka, tym bardziej, że zestaw miałem wywieziony pod takim kątem, że nie obiecywałem sobie zbyt wiele, czyli w głąb zatoki w prawo. Po zacięciu trzeba było szybko płynąć za zestaw i próbować wyciągnąć karpia pod prąd. Najważniejsze - udało się.

Przyznam z wielką szczerością, że Maciej pokazał swój kunszt karpiowy, zdecydował się na bardzo trudną miejscówkę, miejsce z którego wyjęcie karpia graniczy z cudem. Potwierdził nam to gospodarz wody, który powiedział, że z tego placu nikomu nie udaje się wyjąć karpia, Maciek złowił tego karpia 10 minut po wywiezieniu zestawu, gratki za nosa…

Tu też coś muszę wtrącić. Najpierw ja wywiozłem zestawy, a później jeden Paweł, gdy wracał czekałem na niego i jednocześnie poprawiałem lewy kij. Nagle poczułem swąd palonych łożysk i odjazd z prędkością światła na prawym.

 

Krótka chwila kiedy nie pada, ale i tak jesteśmy cali mokrzy, za to szczęśliwi.

Znów ten uroczy i mój ulubiony uśmiech, dobrze że nie ma kobiet bo by miał wszystkie w swoim namiocie …

Cdn …..

 

Artykuły powiązane Goplanica 2010

Komentarze   

 
#6 Kamil Spławski 2013-12-25 22:04
A mi mówił, że już nigdy nie zje makaronu :lol:
Fajny artykuł, czekamy na dalszą część :-)
 
 
#5 kamyk65 2013-12-25 19:15
Cytuję Piotr H.:
To jest arcik,Panowie super przygodę mieliście, nie mogę doczekać się CD. Mam nadzięję, że kiedyś zasłuże i zabierzecie mnie ze sobą na taką wyprawę.


Jak by miało być na cd to tylko Florek jako kamerzysta by nas wytrzymał :-)
 
 
#4 MaR 2013-12-25 15:40
Cytuję Piotr H.:
To jest arcik,Panowie super przygodę mieliście, nie mogę doczekać się CD. Mam nadzięję, że kiedyś zasłuże i zabierzecie mnie ze sobą na taką wyprawę.

Bylem z tą Szacowną dwójką na dluższej zasiadce na Boryszewie oj bylo zacnie tylko od śmiechu mięśnie mnie bolaly mocniej niż po jakiejkolwiek silowni. :-)
 
 
#3 Piotrass30 2013-12-25 15:28
To jest arcik,Panowie super przygodę mieliście, nie mogę doczekać się CD. Mam nadzięję, że kiedyś zasłuże i zabierzecie mnie ze sobą na taką wyprawę.
 
 
#2 piotr hibner 2013-12-25 09:35
Piękna woda :-)
 
 
#1 MaR 2013-12-24 20:46
Zajebioza !!!!!
 

Dodatkowe informacje

We use cookies to improve our website and your experience when using it. Cookies used for the essential operation of the site have already been set. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information